W momencie posuchy na „scenie” science fiction, naprawdę przyzwoita rzecz. A to, że w co drugim tekście na temat filmu Jonesa pojawiają się takie nazwy jak Solaris czy kubrickowa Odyseja, należy traktować bardziej jako komplement.
Sporo tutaj „niespodzianek”. Zarówno jeżeli chodzi o szybkie rozstrzygnięcie kwestii klonowania i nie bawienia się w męczące sytuacje incepcyjno-fightclubowe, jak i o przyjazne nastawienie dobrodusznego komputera z głosem Kevina Spacey'ego, stojącego w jawnej opozycji do swojego „kuzyna” znanego z Diabelskiego Nasienia. Film koncentrujący się na jednostce, na tęsknocie, na rozczarowaniu, na korporacyjnym kłamstwie. Udany, kameralny debiut syna Bowiego. Zabrakło trochę efektu klaustrofobii, ale oglądałem z "zadowoleniem".
Jak pisałem w innym miejscu, nowy film Kariego daje radę mimo, że osadzony jest w całkowicie innych realiach niż duńscy Zakochani Widzą Słonie czy islandzki Noi Albinoi. Z drugiej strony, będący stolicą wszystkich freaków Nowy Jork wydaje się naturalnym miejscem dla jego introwertycznych bohaterów, którzy często dopiero po kielichu zaczynają snuć swoje opowieści. To właśnie Ci ludzie, z nietypowego marginesu, ze swoimi "zboczeniami", przyzwyczajeniami, zagubieniem i neurotyzmem, stanowią o sile filmu.
Fajtłapowaty Lukas, grany znakomicie przez znanego z Małej Miss, Dano, zgorzkniały, nieco rourke'owaty, zniszczony przez życie i siebie samego Cox, ulotna i jakże prawdziwa, względem millionowej Milli, April - Isild Le Besco, a do tego bywalcy baru i ich „totalne” rozmowy oraz cisza, znanego chociażby z Jabłek Adama czy Zakochanych, Nikolasa Bro.
Oglądając knajpiane sceny, słuchając prawd życiowych Żaka, można było poczuć, że nie jest się samemu na tym świecie i że ten margines, nie musi oznaczać bezdomności czy menelstwa. Film trochę jak z piosenek Waitsa sprzed ponad trzech dekad.